Przedsiębiorcza, kiedy mąż pozwoli

Czytam sobie raport PARP o barierach prawnych dla przedsiębiorczości kobiet w Polsce. I o ile zmiana aktów prawnych jest poza moim zasięgiem, o tyle statystyki i ich interpretacje przedstawione w raporcie dają taki bardzo specyficzny obraz polskich rodzin, obraz, w którym zapewne wiele z nas funkcjonuje, w którym do pewnego stopnia funkcjonuję ja sama, a który jest specyficzny ze względu na to, że wymaga od kobiet dużo większego wysiłku w zakresie łączenia obowiązków domowych i zawodowych. Nie chodzi mi nawet o ową nieodpłatną pracę kobiet i drugi etat, który część z nas musi wyrobić po powrocie do domu z biura. W jakiś sposób uderzające jest dla mnie to, że jak to gładko określają autorzy raportu  „w rodzinach pełnych decyzje mężczyzn dotyczące zatrudnienia (w tym samozatrudnienia) są pierwotne względem decyzji kobiet”.

Co to znaczy, że coś jest pierwotne wobec czegoś? Że ma pierwszeństwo. Czasowe, ale też, nazwijmy to, znaczeniowe. Statusowe. Że ważniejsze jest, aby to mężczyzna pracę posiadał. Można zapytać, tak jak robi to Sue Gerhardt (psychoanalityczka, której książkę „Znaczenie miłości” totalnie polecam), dlaczego jako cel równościowych i prokobiecych działań stawiać mamy udział kobiet w rynku pracy. Że ok jest też wtedy, kiedy kobieta decyduje się na wychowanie dzieci. Oczywiście, że jest to ok. Jednak sam fakt, że życiowe decyzje są wtórne wobec decyzji innych ludzi, jest nie ok. W każdym wymiarze – zawodowy można po prostu najłatwiej zmierzyć – w polskich rodzinach różnice w aktywności między płciami są największe do 35 roku życia i sięgają 25%. Oczywiście, że w dużej mierze wynika to z biologii i nawet Judy Butler i jej performatywność płci tego nie zmieni, jednak zastanawiające jest to, że aktywność zawodowa polskich kobiet, które mają dzieci w wieku przedszkolnym i młodsze, jest jedną z najniższych w Europie. Myślę, że nie będzie zbyt śmiałym wnioskiem stwierdzenie, że coś tu kuleje systemowo – że kobiety, które jednak do aktywności zawodowej chcą powrócić lub rozpocząć ją po urodzeniu i wstępnym odchowaniu dziecka, są pozostawione same sobie. Świadczy o tym też kolejny aspekt cytowanego raportu – do najwyższych w Europie należy udział polskich kobiet wśród ogółu samozatrudnionych. Niby pięknie, niby świetlanie, niby samodzielnie, jednak ciemną stroną tego obrazu jest fakt, że te kobiety przeważnie nie znajdują miejsca dla siebie na rynku pracy i decydują się na wykreowanie swojego własnego miejsca. Bardzo to jest sprawcze i girlpowerowe, jednak nie każdy jest do tego stworzony, nie każda musi chcieć i mieć takie możliwości, więc motywacją do założenia działalności nie powinien być brak alternatywy.

A jak jest u Was? Dajcie znać, jak toczą się Wasze pomacierzyńskie zawodowe losy? Wracacie na poprzednie stanowiska? Decydujecie się na swoje własne firmy i rozwijanie działalności w swoim rytmie i na swoich zasadach? Pozostajecie 100% udomowionymi lwicami?

Zmiany, zmiany, zmiany…

Hula ostatnio w mediach społecznościowych taki hashtag #myfirst7jobs. Moje pierwsze siedem prac. Tak sobie pomyślałam, że fajnie, jeśli komuś się to układa w spójną całość. Kiedy każdy krok jest niejako zapowiedzią następnego, a każdy kolejny logicznie wynika z poprzedniego. Ja w swych zawodowych działaniach byłam w wielu miejscach i wbrew amerykańskiemu snowi nie mogę powiedzieć, że w każdym się czegoś nauczyłam. Jak to u mnie wygląda teraz?

Ostatnio coraz mniej jestem przedsiębiorcą (nawet zawiesiłam działalność na sezon ogórkowy) i w swojej głowie ostatecznie pożegnałam się z tłumaczeniami na rzecz konsekwentnego dążenia do realizacji psychoterapeutycznych marzeń i celów. Znalazłam gabinet, od września ruszam z własną przestrzenią terapeutyczną. Jednak trudno mi wytrzymać w swego rodzaju bezruchu zawodowym – od zawsze definiowałam się przez to, co robię, a nie jaka jestem. Wciąż rzucałam się w wir aktywności, nie będąc w stanie pozostać na chwilę w pustej przestrzeni niewypełnionej jakimkolwiek działaniem. Nie umiałam stworzyć sobie pustej szuflady na coś, co dopiero ma przyjść, przemyśleć przyszłych kroków. Dopiero niedawno to zrozumiałam i staram się to korygować. Jednak dawne przekonania dają o sobie znać – ostatnio spędziłam pół dnia na wyszukiwaniu korporacyjnych ofert pracy, bo może jednak etat, może stała pensja, może pewność i łatwość…

Więc wymyśliłam, że napiszę tutaj o zmianach i działaniach mych tych na już zaraz i tych planowanych – odetnę sobie tym samym drogę ucieczki 🙂

Niestety nie istnieje już moja ukochana Zabawianka, gdzie prowadziłam warsztaty i konsultacje psychologiczne dla mam.

Za to zapraszam Was od września na warszawski Muranów, do gabinetu przy ul. Nowolipki 23/13. To tam będę prowadzić psychoterapię i konsultacje w każdą środę od 15 do 22.

Powoli zaczynam również badać możliwość startu grupy terapeutycznej w nurcie psychoanalitycznym – dawajcie znać, jeśli jesteście zainteresowani/e!

Zapewne od września ruszą również warsztaty dla mam w tej samej lokalizacji – bardzo chciałabym od Was usłyszeć, czego od nich oczekujecie, o czym chętnie porozmawiacie, co z obszaru work-life balance jest dla Was najistotniejsze do obgadania i przećwiczenia.

Jeśli chodzi o bloga – zmiany zobaczycie w zakładce „co oferuję?”, a posty dorobią się tagów, bo nie ma to jak dobra chmura tagów do organizacji treści.

Smacznego!

Nieco egzaltowany post o przydługim tytule i o tym, jak rozumiem work-life balance

260H

Kiedy idziesz po linie, musisz z każdym krokiem na nowo odnajdywać punkt ciężkości i łapać równowagę. Podobnie jest z równowagą między życiem prywatnym a zawodowym.

Wyobraź sobie każdy dzień swojego życia jako jeden krok po linie. Budzisz się. Rozkładasz ramiona. Prostujesz nogi w kolanach. Idziesz. Potykasz się. Tracisz równowagę. Małymi bujnięciami bioder i barków przechylasz się minimalnie raz na jedną, raz na drugą stronę. Nie możesz pozostawać za długo w przechyle w jedną stronę, bo spadniesz, ale też nie jest tak, że raz odnaleziony punkt ciężkości pozostaje z Tobą do końca liny.

Work-life balance nie polega na stałym określeniu proporcji pół na pół. Po pierwsze, to hasło zawiera w sobie tylko dwa aspekty Twojego życia – nie jesteś tylko pracownicą i osobą prywatną. Niezależnie od momentu, w którym się obecnie znajdujesz, masz kilkanaście różnych ról, kilka pasji, parę ważnych związków. Na każdą część siebie potrzebujesz znaleźć czas. Każda z nich, lekceważona przez za długi okres, przypomni o sobie w najmniej odpowiednim momencie.

Po drugie, nie pokroisz tortu swojego życia na równiutkie kawałki, które codziennie będziesz po kolei zjadać ze smakiem. Czasami, głodna pełni i doświadczeń, będziesz zapychać się swoim tortem do oporu, żeby następne tygodnie spędzić w spokojnej ascezie jednego jedynego kawałka dziennie.  Czyli innymi słowy i bez pseudoamerykańskich metafor – fizycznie niemożliwym jest, aby zaplanować każdy dzień w taki sposób, by zaspokajał potrzeby  każdej z naszych części i by realizować w nim cele z każdego obszaru. Raz będziesz bardziej matką, raz bardziej żoną, raz sprawy zawodowe będą wymagały Twojej największej uwagi. I to jest w porządku.

Tylko w każdej z tych ról, w każdym wychyleniu w którąś stroną – bądź na 100%. Bez myśli o tym, czego akurat nie robisz, co robić powinnaś, gdzie mogłabyś być. Jesteś tu i teraz. W tym gibnięciu, które bez Twojej uwagi zamieni się w upadek. Jeśli będziesz obecna, zauważysz moment, w którym trzeba będzie odkryć na nowo środek ciężkości, a może nawet zrobić następny krok.

Serio, tak jest prościej. Patrzysz w jeden punkt. Nie starasz się upakować wszystkich priorytetów w jeden moment. Skupiasz się na tym, który wybierasz na ten moment. Jeśli masz dzieci, wiesz, jak one to robią – bawią się w jedną zabawę na raz. Jeszcze nigdy nie widziałam dziecka, które zajmowałoby się multitaskingiem. Jeśli czytają, to czytają. Jeśli bawią się klockami, to całą swoją osobą, bez zastanawiania się, że układanka leży odłogiem. Zazdroszczę im tej umiejętności. One nie myślą o tym, jak osiągnąć równowagę między życiem osobistym a zawodowym. One mają tę harmonię w sobie, bo idą po linie najnaturalniej jak tylko można.

Work-life balance jest niesamowicie ulotny. Szukam go codziennie od nowa. Stosuję sprawdzone strategie, które pomagają mi złapać równowagę w miarę szybko, ale to wciąż jest spacer po linie, która nigdy nie zamieni się w wygodną autostradę. Chyba, że z czegoś zrezygnuję. Ale o tym kiedy indziej.

 

Sposoby na pracę dla mamy małego dziecka

Są takie mamy, które chcą wrócić do pracy zanim ich dziecko skończy 3 lata i wpadnie w opiekuńcze ramiona systemu opieki i oświaty państwowej. Co gorsza, istnieją mamy, które mają swoje firmy, a tym samym nie wciągnie ich z automatu wielka korporacyjna maszyna dzień po imprezie z okazji pierwszych urodzin ich potomka (nie żebym coś miała do korporacyjnych maszyn). Mamy te stoją przed ogromnym logistycznym problemem związanym z a) znalezieniem miejsca, gdzie będą mogły bez przeszkód oddawać się aktywnościom zawodowym i b) znalezieniem miejsca, gdzie ich dziatki spędzą ten czas miło i bezpiecznie. Mission impossible? Sprawdźmy.

  1. Coworking rodzicielski

Umieszczony na pierwszym miejscu, bo sama korzystam z tego rozwiązania i bardzo sobie je chwalę. Przychodzisz do biura, w którym masz swoje miejsce do pracy, a obok ciocie/nianie/miłe panie zajmują się Twoim dzieckiem. Płacisz zwykle od godziny lub wykupujesz abonament – fantastyczne rozwiązanie, bo nie tracisz czasu na dojeżdżanie do swojego biura (jeśli miałabyś dochodzącą nianię) lub na powrót do domu (jeśli zostawiałabyś dziecko w żłobku). A przy tym łatwiej ukoić lęki separacyjne – dziecko jest tuż za drzwiami i zawsze możecie się poprzytulać, jeśli ratowanie świata (albo tłumaczenie instrukcji obsługi odkurzacza – it’s me!) da Ci za mocno w kość. Idealne też, jeśli ratowanie świata występuje na zasadzie projektowej – czasem idziecie do biura, czasem zostajecie w domu.

Ja pracuję tutaj – klik klik – w Zabawiance na warszawskim Gocławiu. Szczerze polecam, to miłość od pierwszego wejrzenia, a w dodatku możecie tam spotkać mnie w roli zarówno tłumaczki przy coworkingowym biurku, jak i psychologa udzielającego konsultacji. Zapraszam!

  1. Niania

Ja jestem niesłychanie przywiązana do społecznego aspektu rozwoju moich dzieci, więc nigdy nie brałam takiej opcji pod uwagę, co nie zmienia faktu, że jest ona zapewne najbardziej elastycznym rozwiązaniem dla mam małych dzieci. Opiekunka przychodzi, kiedy się umówicie i jest cała dla Twojego dziecka. Niestety, ta opcja wymaga znalezienia miejsca tylko dla siebie – osobny pokój, kawiarnia, coworking, biuro? – a przy tym nie należy do najtańszych. Stosunkowo trudny może być też casting – ktoś, kogo zostawiasz sam na sam ze swoim skarbem, raczej nie powinien być wzięty z ulicy. A i rekomendacje bywają złudne – nie każda mama kieruje się tym samym kluczem w wyborze opiekunki.

  1. Wspólna niania

Niania nie mąż, można się nią podzielić. Wystarczy ogarnąć mamę z sąsiedztwa z przychówkiem w podobnym wieku, a koszty i infrastrukturę podzielić po połowie. Znam mamy, które w ten sposób działają i zamykają mi usta, kiedy płaczę nad brakiem umiejętności społecznych dzieci wychowywanych przez nianie.

  1. Opiekun dzienny

Instytucja dotowana przez miasto, co sprawia, że jest relatywnie niskokosztową zabawą. Działa na zasadzie żłobka z wkładem czasu rodziców – zwykle z zapisaniem dziecka wiąże się zobowiązanie do wspierania opiekuna jeden dzień w tygodniu. Więcej informacji można znaleźć na stronie urzędu miasta – klik klik.

  1. Twój własny mąż/partner

Dziecko zwykle mamy z kimś. Fajnie, jeśli ten ktoś ma wolny zawód, ale jeśli już nam się nie udało ustrzelić takiej partii, to zwykle zostają weekendy, które owszem, najmilej spędzić muskając wypielęgnowanymi dłońmi francuskie croissanty z wyplecionego własnoręcznie wiklinowego koszyczka w otoczeniu ukochanej familii, jednak jeśli już zdecydowałaś się na bycie przedstawicielką patologii zwanej matkami pracującymi, to myślę, że Twoje dziecko nie zwiększy swoich szans na rozwinięcie traumy postnatalnej, jeśli wyrzucisz je z domu na trzy godziny w pakiecie z gwarantowaną czułą obsługą tatusia.

  1. Babcia/ciocia

W świecie późnych emerytur, emancypacji kobiet, emigracji zarobkowej i kryzysu wieku średniego dotykającego kobiet na równi z mężczyznami zdarzyć się może, że Twoja teściowa prędzej odjedzie na czerwonym harleyu niż zajmie się dzieckiem, a Twoi rodzice mogą mieszkać pół kontynentu dalej i raczej nie wpadną za każdym razem, kiedy chciałabyś w cichości serca podumać nad składnią w językach germańskich. Niemniej jednak, możliwe jest, że jesteś jedną z tych kobiet, które otacza miękki puch społecznej sieci najbliższych i możesz oddawać się swym perwersyjnym pracowniczym praktykom (prowadzenie Ksęgi Przychodów i Rozchodów!) grzejąc się w cieple zupy pomidorowej i podłogi pachnącej ajaxem, na której Twoje dziecko układa klocki pod czujnym okiem babci.

  1. Praca w systemie drzemkowym

Jeśli masz wystarczająco silną wolę, żeby w momentach, kiedy Twoje dziecko udaje się na zasłużoną drzemkę zajmować się budowaniem swojego imperium firmowego, a nie wstawiać pranie/składać pranie/prasować/gotować obiad/myć podłogę/wreszcie oglądać serial, to szczerze zazdroszczę. Niektórzy pracują też po nocach, ale szczerze nie polecam. Zdarzało mi się tłumaczyć od 22 do 3 w nocy i od 6 do 8. Żadnej z tych szycht dobrze nie wspominam.

  1. Jakieś szalenie absorbujące zajęcie dla Małego Prezesa

Np. darcie 12 rolek papieru toaletowego na mikroskopijne skrawki. Metoda polecana na 10 minut przed dedlajnem. W każdym innym przypadku – zrób naprawdę dogłębny rachunek zysków i strat.