Dzień, noc i pora niczyja, czyli o efektywnym planowaniu wieczorów

242h

Wiadomo, jak jest. Są dzieci, jest praca, jest dom, są najprzeróżniejsze zobowiązania i sprawy do załatwienia. W różnych konfiguracjach i natężeniu. Zwykle spychane przez pół dnia, aż wieczorem nabrzmiewają i rosną, przygniatając swoim ogromem i ciśnieniem, że to już, natychmiast i na zaraz. Gdy tymczasem wieczór to również czas, kiedy wszyscy są zwykle w domu, kiedy wreszcie można pobyć z mężem, pogadać z dziećmi o szkole, przedszkolu, poczytać. Jak pogodzić to wszystko ze sobą tak, aby stworzyć piękny i efektywny, a przede wszystkim przyjemny czas, zamiast fundować sobie smutną etiudę do wieczornych nerwów, nieprzespanej nocy i zaspanego poranka? Nie wiem. Ale mam trzy zasady, które mogą w tym pomóc.

  1. Priorytety

Moje ulubione słowo. Naprawdę. Do codziennej weryfikacji.

Co dzisiaj jest dla mnie najistotniejsze?

Którą potrzebę chcę zaspokoić?

Kto najbardziej dzisiaj potrzebuje mojej uwagi? Dzieci, mąż, ja sama?

Szczerze przyznam, że nie wierzę w możliwość równoczesnego przygotowywania posiłku na następny dzień, relaksowania się przy spokojnej muzyce, prowadzenia życiowych rozmów z wszystkimi członkami rodziny po kolei i okraszania tego rozkręcaniem własnej firmy. Codziennie wybieranie tego, co najważniejsze przy równoczesnym zachowaniu ram czasowych – codziennie tych samych.

2. Planowanie

Jeśli nie zaplanujesz wieczoru choćby z minimalnym wyprzedzeniem, będzie on tak samo chaotyczny jak zwykle. Określ jasne ramy czasowe i zmieść w nie dwie – trzy aktywności. Obowiązki postaraj się ogarnąć jak najszybciej, tak, żeby został Ci chociaż moment (a najlepiej pół godziny) na wyciszenie przed snem bez elektroniki – szybciej zaśniesz, lepiej się wyśpisz, będziesz bardziej wypoczęta.

3. Rytuały

Wg Słownika Języka Polskiego rytuał to”zespół czynności, które przez swoją powtarzalność tworzą zwyczaj”. Przy całej elastyczności związanej z ustalaniem i weryfikowaniem na bieżąco swoich priorytetów na dany dzień, rytuały są kręgosłupem. Pozwalają na utworzenie nawyku, który odciąża umysł dzięki zautomatyzowaniu czynności. Już się nie zastanawiasz, jaka herbata przed snem, bo od 15 lat jest to melisa. Szalenie czaso- i energooszczędne.

Jakie są Wasze sposoby? Bez czego nie ma dobrego wieczoru? Co pomaga Wam się wyciszyć, a co sprawia, że kładziecie się spać z poczuciem „domknięcia” całego dnia?

 

Przedsiębiorcza, kiedy mąż pozwoli

Czytam sobie raport PARP o barierach prawnych dla przedsiębiorczości kobiet w Polsce. I o ile zmiana aktów prawnych jest poza moim zasięgiem, o tyle statystyki i ich interpretacje przedstawione w raporcie dają taki bardzo specyficzny obraz polskich rodzin, obraz, w którym zapewne wiele z nas funkcjonuje, w którym do pewnego stopnia funkcjonuję ja sama, a który jest specyficzny ze względu na to, że wymaga od kobiet dużo większego wysiłku w zakresie łączenia obowiązków domowych i zawodowych. Nie chodzi mi nawet o ową nieodpłatną pracę kobiet i drugi etat, który część z nas musi wyrobić po powrocie do domu z biura. W jakiś sposób uderzające jest dla mnie to, że jak to gładko określają autorzy raportu  „w rodzinach pełnych decyzje mężczyzn dotyczące zatrudnienia (w tym samozatrudnienia) są pierwotne względem decyzji kobiet”.

Co to znaczy, że coś jest pierwotne wobec czegoś? Że ma pierwszeństwo. Czasowe, ale też, nazwijmy to, znaczeniowe. Statusowe. Że ważniejsze jest, aby to mężczyzna pracę posiadał. Można zapytać, tak jak robi to Sue Gerhardt (psychoanalityczka, której książkę „Znaczenie miłości” totalnie polecam), dlaczego jako cel równościowych i prokobiecych działań stawiać mamy udział kobiet w rynku pracy. Że ok jest też wtedy, kiedy kobieta decyduje się na wychowanie dzieci. Oczywiście, że jest to ok. Jednak sam fakt, że życiowe decyzje są wtórne wobec decyzji innych ludzi, jest nie ok. W każdym wymiarze – zawodowy można po prostu najłatwiej zmierzyć – w polskich rodzinach różnice w aktywności między płciami są największe do 35 roku życia i sięgają 25%. Oczywiście, że w dużej mierze wynika to z biologii i nawet Judy Butler i jej performatywność płci tego nie zmieni, jednak zastanawiające jest to, że aktywność zawodowa polskich kobiet, które mają dzieci w wieku przedszkolnym i młodsze, jest jedną z najniższych w Europie. Myślę, że nie będzie zbyt śmiałym wnioskiem stwierdzenie, że coś tu kuleje systemowo – że kobiety, które jednak do aktywności zawodowej chcą powrócić lub rozpocząć ją po urodzeniu i wstępnym odchowaniu dziecka, są pozostawione same sobie. Świadczy o tym też kolejny aspekt cytowanego raportu – do najwyższych w Europie należy udział polskich kobiet wśród ogółu samozatrudnionych. Niby pięknie, niby świetlanie, niby samodzielnie, jednak ciemną stroną tego obrazu jest fakt, że te kobiety przeważnie nie znajdują miejsca dla siebie na rynku pracy i decydują się na wykreowanie swojego własnego miejsca. Bardzo to jest sprawcze i girlpowerowe, jednak nie każdy jest do tego stworzony, nie każda musi chcieć i mieć takie możliwości, więc motywacją do założenia działalności nie powinien być brak alternatywy.

A jak jest u Was? Dajcie znać, jak toczą się Wasze pomacierzyńskie zawodowe losy? Wracacie na poprzednie stanowiska? Decydujecie się na swoje własne firmy i rozwijanie działalności w swoim rytmie i na swoich zasadach? Pozostajecie 100% udomowionymi lwicami?

Dlaczego urlop macierzyński to dobry czas na psychoterapię?

IMG_20160503_072857Są trzy powody:

  • bo zrobi Ci to dobrze
  • bo zrobi to dobrze Twojemu dziecku
  • bo zrobi to dobrze Twoim relacjom z otoczeniem

Na psychoterapii dowiesz się, z czego wynikają Twoje reakcje, rozbroisz lęki, zerkniesz w przeszłość i przyjrzysz się najwcześniejszym relacjom, zauważysz schematy postępowania… Nie obiecuję Ci cudów, ale skoro jesteś w stanie spędzić 3 godziny na bazarze wybierając świadomie najbardziej eko marchewkę dla Twojego bobasa, to może warto spędzić 50 min w tygodniu na świadomym przyglądaniu się sobie? Odważę się stwierdzić, że to może poprawić dzieciństwo Twojego potomka 100 razy bardziej niż brokuły z komosą ryżową i osiem mat sensorycznych.

Ten moment, w którym sama stajesz się matką i zaczyna Cię to definiować bardziej niż bycie córką. Zaczynasz obserwować to, co dała Ci Twoja własna rodzicielka, przyglądać się temu mniej lub bardziej świadomie i wybierać, co z tego chcesz przekazać swojemu dziecku, a co zupełnie nie. Pojawia się kwestia troski i miłości, które dostałaś lub nie, pewnych zachowań i schematów, które wyniosłaś z domu – warto się temu świadomie poprzyglądać, pozastanawiać, z czego wynikają takie a nie inne przekonania na temat macierzyństwa, dawania rady, partnerstwa w związku, poświęcania się itp. Cały ten bagaż determinuje to, jaką Ty będziesz matką. Warto zdecydować się na zanurkowanie w ten pogmatwany świat, żeby odsupłać związki między Tobą-córką a Tobą-matką. Podziękować swoim rodzicom za to, co Cię wzmocniło, wybaczyć to, co osłabiło.

Wielka fala macierzyństwa porywa i czasem zalewa po szyję – psychoterapia to narzędzie, dzięki któremu można nauczyć się łapać oddech i  czerpać przyjemność z żeglowania, surfowania czy co tam kto lubi na tej fali robić.

Na urlopie macierzyńskim masz czas, żeby zwolnić, być bardziej do środka niż na zewnątrz – więcej chwil spędzasz w domu, z reguły nie masz aż tylu zobowiązań zawodowych. Wykorzystaj to nie tylko na bycie perfekcyjną panią domu! Kiedy jesteś z młodymi, punkt ciężkości często przesuwa się na relacje, a zarządzanie tym całym bałaganem emocjonalnym to głównie Twoje zadanie – daj sobie pomóc!

Cotygodniowa sesja terapeutyczna to może być też Twój czas tylko dla siebie – 50 min podczas których jesteś sama ze sobą – przyznaj, ze to rarytas.

Psychoterapia nie jest dla osób chorych psychicznie albo doświadczających zaburzeń osobowości – a przynajmniej nie tylko dla nich. Może nie jest też dla każdego, ale nikt nie powinien się jej bać.

Mamo, masz prawo czuć się gorzej w totalnie nowej dla siebie sytuacji i masz prawo szukać sposobów na polepszenie swojego samopoczucia. Świadoma mama to szczęśliwe dziecko!

Nieco egzaltowany post o przydługim tytule i o tym, jak rozumiem work-life balance

260H

Kiedy idziesz po linie, musisz z każdym krokiem na nowo odnajdywać punkt ciężkości i łapać równowagę. Podobnie jest z równowagą między życiem prywatnym a zawodowym.

Wyobraź sobie każdy dzień swojego życia jako jeden krok po linie. Budzisz się. Rozkładasz ramiona. Prostujesz nogi w kolanach. Idziesz. Potykasz się. Tracisz równowagę. Małymi bujnięciami bioder i barków przechylasz się minimalnie raz na jedną, raz na drugą stronę. Nie możesz pozostawać za długo w przechyle w jedną stronę, bo spadniesz, ale też nie jest tak, że raz odnaleziony punkt ciężkości pozostaje z Tobą do końca liny.

Work-life balance nie polega na stałym określeniu proporcji pół na pół. Po pierwsze, to hasło zawiera w sobie tylko dwa aspekty Twojego życia – nie jesteś tylko pracownicą i osobą prywatną. Niezależnie od momentu, w którym się obecnie znajdujesz, masz kilkanaście różnych ról, kilka pasji, parę ważnych związków. Na każdą część siebie potrzebujesz znaleźć czas. Każda z nich, lekceważona przez za długi okres, przypomni o sobie w najmniej odpowiednim momencie.

Po drugie, nie pokroisz tortu swojego życia na równiutkie kawałki, które codziennie będziesz po kolei zjadać ze smakiem. Czasami, głodna pełni i doświadczeń, będziesz zapychać się swoim tortem do oporu, żeby następne tygodnie spędzić w spokojnej ascezie jednego jedynego kawałka dziennie.  Czyli innymi słowy i bez pseudoamerykańskich metafor – fizycznie niemożliwym jest, aby zaplanować każdy dzień w taki sposób, by zaspokajał potrzeby  każdej z naszych części i by realizować w nim cele z każdego obszaru. Raz będziesz bardziej matką, raz bardziej żoną, raz sprawy zawodowe będą wymagały Twojej największej uwagi. I to jest w porządku.

Tylko w każdej z tych ról, w każdym wychyleniu w którąś stroną – bądź na 100%. Bez myśli o tym, czego akurat nie robisz, co robić powinnaś, gdzie mogłabyś być. Jesteś tu i teraz. W tym gibnięciu, które bez Twojej uwagi zamieni się w upadek. Jeśli będziesz obecna, zauważysz moment, w którym trzeba będzie odkryć na nowo środek ciężkości, a może nawet zrobić następny krok.

Serio, tak jest prościej. Patrzysz w jeden punkt. Nie starasz się upakować wszystkich priorytetów w jeden moment. Skupiasz się na tym, który wybierasz na ten moment. Jeśli masz dzieci, wiesz, jak one to robią – bawią się w jedną zabawę na raz. Jeszcze nigdy nie widziałam dziecka, które zajmowałoby się multitaskingiem. Jeśli czytają, to czytają. Jeśli bawią się klockami, to całą swoją osobą, bez zastanawiania się, że układanka leży odłogiem. Zazdroszczę im tej umiejętności. One nie myślą o tym, jak osiągnąć równowagę między życiem osobistym a zawodowym. One mają tę harmonię w sobie, bo idą po linie najnaturalniej jak tylko można.

Work-life balance jest niesamowicie ulotny. Szukam go codziennie od nowa. Stosuję sprawdzone strategie, które pomagają mi złapać równowagę w miarę szybko, ale to wciąż jest spacer po linie, która nigdy nie zamieni się w wygodną autostradę. Chyba, że z czegoś zrezygnuję. Ale o tym kiedy indziej.

 

Krótka myśl o czasie dla siebie

 

164H

Kiedy już podzielę swój tydzień i miesiąc stosując skomplikowane metody zarządzania sobą w czasie, wezmę udział w trzech webinarach o prowadzeniu własnej firmy, posłucham trzech mówców motywacyjnych, zaplanuję działania na rok naprzód, wybiorę liceum dla mojej dwulatki i studia dla zerówkowiczki, usiądę wreszcie i stwierdzę, że najtrudniej mi zająć się sobą. Dać sobie pół godziny bez działania, za to z myśleniem. Podejść do siebie samej z wyrozumiałością i troską. Nie zastanawiać się, że skoro siedzę i nie mam nic do zrobienia, to znaczy, że mam jeszcze czas na kolejne aktywności i czemu nie wezmę się wreszcie za mycie podłóg?!

A znam siebie przecież już na tyle,że wiem, jak trudno mi zajmować się dziećmi, pracować czy robić cokolwiek, co wymaga mojego zaangażowania, jeśli nie zajęłam się najpierw sobą. Jeśli nie przechodziłam połowy soboty w piżamie, nie przeczytałam od miesiąca żadnej książki, nie poszłam sama ze sobą na kawę.

Efektywniej i z większym zaangażowaniem działam, jeśli stosuję płodozmian – po okresie intensywnego tłumaczenia włącznie z zarywaniem nocy siedzę tydzień w domu i nawet nie chodzę do biura, bo sprzątanie szafy wydaje mi się najpilniejszą rzeczą na świecie. Kolokwialnie rzecz ujmując – staram się nie zajeżdżać. Bo co z tego, że w związku z panującym kultem efektywności każda sekunda powinna mnie prowadzić do jakiegoś celu a w każdej chwili powinnam realizować swój wielki plan na życie? Każda chwila, którą poświęcam na spojrzenie na siebie, na to, dokąd idę, na zregenerowanie swoich nadwątlonych czytaniem publikacji dla osobników poniżej trzeciego roku życia sił, zwraca się w późniejszym entuzjazmie, spokoju i górach zasobów, z których mogę czerpać w trudnych chwilach.

Chodzę sama do kina dla bezpieczeństwa swojego i bliskich – na cichej, czarnej, kinowej sali mogę się nawet hiperwentylować, żeby potem wrócić do domu i niczym wzorowa matka z kolorowego instagrama patrzeć na spokojne buźki moich śpiących dzieci. Jeśli nie pójdę raz na jakiś czas na wino z koleżanką, zaczynam zamieniać się w złośliwą magierę, która obwinia wszystkich za wszystko, bo niewyrzucone żale i pretensje kipią mi w głowie i kiszą mózg.

W imię bezpieczeństwa i higieny pracy – nie róbmy tego same sobie!

Idealna nieidealność

Nie jestem idealna. Ty też nie jesteś. Co więcej, ta blogerka też nie. Ani celebrytka z Dzień Dobry TVN. Nikt nie jest. Nieważne jak świetliste ma zdjęcia na instagramie, jak dużo opowiada o swoich sukcesach i jak skrupulatnie milczy o porażkach. Co więcej, z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że udawanie ideału każdemu odbije się prędzej czy później wybitnie bolesną czkawką.

Każda opowieść o tym, jak to nie mamy problemów z zasypianiem i zatopione w różowych tiulach, białych koronkach i otoczone markową skandynawską pościelą zapadamy w piękne, równie idealne i oczywiście wspólne marzenia senne, to ogromna ściema, która powoduje nakręcanie się spirali napinki w społeczności matek, które są szczególnie wrażliwe na krytykę i osąd społeczny.

Każda historia o rozwijającym zestawie zajęć dodatkowych, na które zapisałaś swoje 4-letnie dziecko, rzucona przy kawie do koleżanek, które posyłają swoje pociechy tylko na angielski, to cios prosto w serce dla poczucia własnej wartości co najmniej jednej z nich.

Każde krzywe spojrzenie na inną matkę, dająca dziecku sok z syropem glukozowo-fruktozowym, to śmierć kolejnej małej pandy idei wspólnoty wszystkich wspierających się nawzajem matek.

Każda minuta, którą spędzasz na przekonywaniu się, że jesteś najszczęśliwsza na świecie, bo właśnie dostąpiłaś zaszczytu zbierania z podłogi połowy śniadania Twojego osobistego słodkiego szkraba, to wyrwa na Twoim poczuciu, że jesteś kimś, kto zasługuje na odpoczynek.

Każdy status na facebooku, który wyrywasz sobie spod serca, aby przekonać znajomych, których ostatni raz widziałaś w podstawówce, że Twoje życie to nieustająca wędrówka po tęczowym puchu do stajni pełnej dorodnych jednorożców i pulchniutkich bobasów, to szkoda dla Ciebie.

Prokurując obraz siebie, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością i dążąc do tego, aby go utrzymać, marnujesz cenną energię, którą mogłabyś spędzić na racjonalnym diagnozowaniu swojej sytuacji.

W cichości serca wewnętrzny krytyk i tak wie swoje i głosem surowej matki/wymagającego ojca/doskonałego partnera szepcze o niedociągnięciach, które wciąż są i których nie jesteś w stanie ogarnąć. Codziennie podejmujesz nierówną walkę sama ze sobą – walkę o pofałdowane terytorium niedoskonale białego obrusa, groźne zakamarki zakurzonego dywanu, czyhające na integralność Twego ogniska domowego koty z kurzu czające się po kątach i górzyste tereny niezbyt ekologicznych obiadków Twojego dziecka.

Stańmy w prawdzie same przed sobą – macierzyństwo jest trudne. To dorzucenie do całego zestawu standardowych obowiązków dorosłego człowieka naprawdę dużego zadania polegającego na ogarnianiu fizycznym, psychicznych, bytowym, emocjonalnym drugiego człowieka, całkowicie od Ciebie zależnego.

Pozwólmy sobie na idealną nieidealność. Na uznanie, że nie ma czegoś takiego, jak tytuł Perfekcyjnej Matki. Wypiszmy się z tego konkursu, do którego zapisało nas społeczeństwo, kultura i zwyczaje. Bądźmy dobre dla siebie, nie dla wszystkich innych. Zadowalajmy siebie, a nie wyimaginowanych onych, którzy zawsze wiedzą lepiej, jak ma wyglądać szczęśliwy bobas i dobra matka. Dzieci są małe tylko raz. Warto być z nimi w tym dorastaniu, bez oglądania się na to, czy aby na pewno robimy to idealnie.

Odpuśćmy. Sobie i innym matkom.

Sposoby na pracę dla mamy małego dziecka

Są takie mamy, które chcą wrócić do pracy zanim ich dziecko skończy 3 lata i wpadnie w opiekuńcze ramiona systemu opieki i oświaty państwowej. Co gorsza, istnieją mamy, które mają swoje firmy, a tym samym nie wciągnie ich z automatu wielka korporacyjna maszyna dzień po imprezie z okazji pierwszych urodzin ich potomka (nie żebym coś miała do korporacyjnych maszyn). Mamy te stoją przed ogromnym logistycznym problemem związanym z a) znalezieniem miejsca, gdzie będą mogły bez przeszkód oddawać się aktywnościom zawodowym i b) znalezieniem miejsca, gdzie ich dziatki spędzą ten czas miło i bezpiecznie. Mission impossible? Sprawdźmy.

  1. Coworking rodzicielski

Umieszczony na pierwszym miejscu, bo sama korzystam z tego rozwiązania i bardzo sobie je chwalę. Przychodzisz do biura, w którym masz swoje miejsce do pracy, a obok ciocie/nianie/miłe panie zajmują się Twoim dzieckiem. Płacisz zwykle od godziny lub wykupujesz abonament – fantastyczne rozwiązanie, bo nie tracisz czasu na dojeżdżanie do swojego biura (jeśli miałabyś dochodzącą nianię) lub na powrót do domu (jeśli zostawiałabyś dziecko w żłobku). A przy tym łatwiej ukoić lęki separacyjne – dziecko jest tuż za drzwiami i zawsze możecie się poprzytulać, jeśli ratowanie świata (albo tłumaczenie instrukcji obsługi odkurzacza – it’s me!) da Ci za mocno w kość. Idealne też, jeśli ratowanie świata występuje na zasadzie projektowej – czasem idziecie do biura, czasem zostajecie w domu.

Ja pracuję tutaj – klik klik – w Zabawiance na warszawskim Gocławiu. Szczerze polecam, to miłość od pierwszego wejrzenia, a w dodatku możecie tam spotkać mnie w roli zarówno tłumaczki przy coworkingowym biurku, jak i psychologa udzielającego konsultacji. Zapraszam!

  1. Niania

Ja jestem niesłychanie przywiązana do społecznego aspektu rozwoju moich dzieci, więc nigdy nie brałam takiej opcji pod uwagę, co nie zmienia faktu, że jest ona zapewne najbardziej elastycznym rozwiązaniem dla mam małych dzieci. Opiekunka przychodzi, kiedy się umówicie i jest cała dla Twojego dziecka. Niestety, ta opcja wymaga znalezienia miejsca tylko dla siebie – osobny pokój, kawiarnia, coworking, biuro? – a przy tym nie należy do najtańszych. Stosunkowo trudny może być też casting – ktoś, kogo zostawiasz sam na sam ze swoim skarbem, raczej nie powinien być wzięty z ulicy. A i rekomendacje bywają złudne – nie każda mama kieruje się tym samym kluczem w wyborze opiekunki.

  1. Wspólna niania

Niania nie mąż, można się nią podzielić. Wystarczy ogarnąć mamę z sąsiedztwa z przychówkiem w podobnym wieku, a koszty i infrastrukturę podzielić po połowie. Znam mamy, które w ten sposób działają i zamykają mi usta, kiedy płaczę nad brakiem umiejętności społecznych dzieci wychowywanych przez nianie.

  1. Opiekun dzienny

Instytucja dotowana przez miasto, co sprawia, że jest relatywnie niskokosztową zabawą. Działa na zasadzie żłobka z wkładem czasu rodziców – zwykle z zapisaniem dziecka wiąże się zobowiązanie do wspierania opiekuna jeden dzień w tygodniu. Więcej informacji można znaleźć na stronie urzędu miasta – klik klik.

  1. Twój własny mąż/partner

Dziecko zwykle mamy z kimś. Fajnie, jeśli ten ktoś ma wolny zawód, ale jeśli już nam się nie udało ustrzelić takiej partii, to zwykle zostają weekendy, które owszem, najmilej spędzić muskając wypielęgnowanymi dłońmi francuskie croissanty z wyplecionego własnoręcznie wiklinowego koszyczka w otoczeniu ukochanej familii, jednak jeśli już zdecydowałaś się na bycie przedstawicielką patologii zwanej matkami pracującymi, to myślę, że Twoje dziecko nie zwiększy swoich szans na rozwinięcie traumy postnatalnej, jeśli wyrzucisz je z domu na trzy godziny w pakiecie z gwarantowaną czułą obsługą tatusia.

  1. Babcia/ciocia

W świecie późnych emerytur, emancypacji kobiet, emigracji zarobkowej i kryzysu wieku średniego dotykającego kobiet na równi z mężczyznami zdarzyć się może, że Twoja teściowa prędzej odjedzie na czerwonym harleyu niż zajmie się dzieckiem, a Twoi rodzice mogą mieszkać pół kontynentu dalej i raczej nie wpadną za każdym razem, kiedy chciałabyś w cichości serca podumać nad składnią w językach germańskich. Niemniej jednak, możliwe jest, że jesteś jedną z tych kobiet, które otacza miękki puch społecznej sieci najbliższych i możesz oddawać się swym perwersyjnym pracowniczym praktykom (prowadzenie Ksęgi Przychodów i Rozchodów!) grzejąc się w cieple zupy pomidorowej i podłogi pachnącej ajaxem, na której Twoje dziecko układa klocki pod czujnym okiem babci.

  1. Praca w systemie drzemkowym

Jeśli masz wystarczająco silną wolę, żeby w momentach, kiedy Twoje dziecko udaje się na zasłużoną drzemkę zajmować się budowaniem swojego imperium firmowego, a nie wstawiać pranie/składać pranie/prasować/gotować obiad/myć podłogę/wreszcie oglądać serial, to szczerze zazdroszczę. Niektórzy pracują też po nocach, ale szczerze nie polecam. Zdarzało mi się tłumaczyć od 22 do 3 w nocy i od 6 do 8. Żadnej z tych szycht dobrze nie wspominam.

  1. Jakieś szalenie absorbujące zajęcie dla Małego Prezesa

Np. darcie 12 rolek papieru toaletowego na mikroskopijne skrawki. Metoda polecana na 10 minut przed dedlajnem. W każdym innym przypadku – zrób naprawdę dogłębny rachunek zysków i strat.