Nieco egzaltowany post o przydługim tytule i o tym, jak rozumiem work-life balance

260H

Kiedy idziesz po linie, musisz z każdym krokiem na nowo odnajdywać punkt ciężkości i łapać równowagę. Podobnie jest z równowagą między życiem prywatnym a zawodowym.

Wyobraź sobie każdy dzień swojego życia jako jeden krok po linie. Budzisz się. Rozkładasz ramiona. Prostujesz nogi w kolanach. Idziesz. Potykasz się. Tracisz równowagę. Małymi bujnięciami bioder i barków przechylasz się minimalnie raz na jedną, raz na drugą stronę. Nie możesz pozostawać za długo w przechyle w jedną stronę, bo spadniesz, ale też nie jest tak, że raz odnaleziony punkt ciężkości pozostaje z Tobą do końca liny.

Work-life balance nie polega na stałym określeniu proporcji pół na pół. Po pierwsze, to hasło zawiera w sobie tylko dwa aspekty Twojego życia – nie jesteś tylko pracownicą i osobą prywatną. Niezależnie od momentu, w którym się obecnie znajdujesz, masz kilkanaście różnych ról, kilka pasji, parę ważnych związków. Na każdą część siebie potrzebujesz znaleźć czas. Każda z nich, lekceważona przez za długi okres, przypomni o sobie w najmniej odpowiednim momencie.

Po drugie, nie pokroisz tortu swojego życia na równiutkie kawałki, które codziennie będziesz po kolei zjadać ze smakiem. Czasami, głodna pełni i doświadczeń, będziesz zapychać się swoim tortem do oporu, żeby następne tygodnie spędzić w spokojnej ascezie jednego jedynego kawałka dziennie.  Czyli innymi słowy i bez pseudoamerykańskich metafor – fizycznie niemożliwym jest, aby zaplanować każdy dzień w taki sposób, by zaspokajał potrzeby  każdej z naszych części i by realizować w nim cele z każdego obszaru. Raz będziesz bardziej matką, raz bardziej żoną, raz sprawy zawodowe będą wymagały Twojej największej uwagi. I to jest w porządku.

Tylko w każdej z tych ról, w każdym wychyleniu w którąś stroną – bądź na 100%. Bez myśli o tym, czego akurat nie robisz, co robić powinnaś, gdzie mogłabyś być. Jesteś tu i teraz. W tym gibnięciu, które bez Twojej uwagi zamieni się w upadek. Jeśli będziesz obecna, zauważysz moment, w którym trzeba będzie odkryć na nowo środek ciężkości, a może nawet zrobić następny krok.

Serio, tak jest prościej. Patrzysz w jeden punkt. Nie starasz się upakować wszystkich priorytetów w jeden moment. Skupiasz się na tym, który wybierasz na ten moment. Jeśli masz dzieci, wiesz, jak one to robią – bawią się w jedną zabawę na raz. Jeszcze nigdy nie widziałam dziecka, które zajmowałoby się multitaskingiem. Jeśli czytają, to czytają. Jeśli bawią się klockami, to całą swoją osobą, bez zastanawiania się, że układanka leży odłogiem. Zazdroszczę im tej umiejętności. One nie myślą o tym, jak osiągnąć równowagę między życiem osobistym a zawodowym. One mają tę harmonię w sobie, bo idą po linie najnaturalniej jak tylko można.

Work-life balance jest niesamowicie ulotny. Szukam go codziennie od nowa. Stosuję sprawdzone strategie, które pomagają mi złapać równowagę w miarę szybko, ale to wciąż jest spacer po linie, która nigdy nie zamieni się w wygodną autostradę. Chyba, że z czegoś zrezygnuję. Ale o tym kiedy indziej.

 

Reklamy

Krótka myśl o czasie dla siebie

 

164H

Kiedy już podzielę swój tydzień i miesiąc stosując skomplikowane metody zarządzania sobą w czasie, wezmę udział w trzech webinarach o prowadzeniu własnej firmy, posłucham trzech mówców motywacyjnych, zaplanuję działania na rok naprzód, wybiorę liceum dla mojej dwulatki i studia dla zerówkowiczki, usiądę wreszcie i stwierdzę, że najtrudniej mi zająć się sobą. Dać sobie pół godziny bez działania, za to z myśleniem. Podejść do siebie samej z wyrozumiałością i troską. Nie zastanawiać się, że skoro siedzę i nie mam nic do zrobienia, to znaczy, że mam jeszcze czas na kolejne aktywności i czemu nie wezmę się wreszcie za mycie podłóg?!

A znam siebie przecież już na tyle,że wiem, jak trudno mi zajmować się dziećmi, pracować czy robić cokolwiek, co wymaga mojego zaangażowania, jeśli nie zajęłam się najpierw sobą. Jeśli nie przechodziłam połowy soboty w piżamie, nie przeczytałam od miesiąca żadnej książki, nie poszłam sama ze sobą na kawę.

Efektywniej i z większym zaangażowaniem działam, jeśli stosuję płodozmian – po okresie intensywnego tłumaczenia włącznie z zarywaniem nocy siedzę tydzień w domu i nawet nie chodzę do biura, bo sprzątanie szafy wydaje mi się najpilniejszą rzeczą na świecie. Kolokwialnie rzecz ujmując – staram się nie zajeżdżać. Bo co z tego, że w związku z panującym kultem efektywności każda sekunda powinna mnie prowadzić do jakiegoś celu a w każdej chwili powinnam realizować swój wielki plan na życie? Każda chwila, którą poświęcam na spojrzenie na siebie, na to, dokąd idę, na zregenerowanie swoich nadwątlonych czytaniem publikacji dla osobników poniżej trzeciego roku życia sił, zwraca się w późniejszym entuzjazmie, spokoju i górach zasobów, z których mogę czerpać w trudnych chwilach.

Chodzę sama do kina dla bezpieczeństwa swojego i bliskich – na cichej, czarnej, kinowej sali mogę się nawet hiperwentylować, żeby potem wrócić do domu i niczym wzorowa matka z kolorowego instagrama patrzeć na spokojne buźki moich śpiących dzieci. Jeśli nie pójdę raz na jakiś czas na wino z koleżanką, zaczynam zamieniać się w złośliwą magierę, która obwinia wszystkich za wszystko, bo niewyrzucone żale i pretensje kipią mi w głowie i kiszą mózg.

W imię bezpieczeństwa i higieny pracy – nie róbmy tego same sobie!