Oswoić złość

368hCzęsto się złoszczę. Wkurzam. Irytuję. Złość jest wciąż obecna w moim życiu, w moim małżeństwie i macierzyństwie. W pracy też – obserwuję siebie, kiedy prowadzę sesje terapeutyczne i warsztaty, a emocje, które odczuwam, dają mi informacje dotyczące tego, co dzieje się w relacji terapeutycznej czy w procesie grupowym. Złość jest emocją – podstawową, uniwersalną, ponadkulturową. Zaciska nam zęby, przyspiesza bicie serca, podwyższa ciśnienie, zaczerwienia twarz, napina mięśnie, marszczy brwi. Każdy z nas ją odczuwa. Różnią się sytuacje, które ją wzbudzają; reakcje i działania, które podejmujemy pod jej wpływem.

Po co nam złość?

Co może dać?

Dlaczego warto ją zauważyć, zanim zamieni się w agresję?

Złość, jak każda emocja, daje nam jakąś wiedzę na temat nas samych. Jeśli coś wzbudza naszą złość, oznacza to, że sytuacja, w której się znajdujemy, nie jest dla nas optymalna – wymaga zmiany! Złość daje nie tylko informację, że coś jest nie tak, ale też energię do działania, możliwość uruchomienia rezerwy siły do poradzenia sobie z zagrażającą sytuacją. Odczuwamy złość nie po to, żeby ją zignorować, tylko żeby coś z nią zrobić! Zatrzymać się na chwilę, obejrzeć co dzieje się z naszym ciałem – gdzie w ciele czujemy złość? Czy to zaciśnięte zęby są dla nas sygnałem, że zaraz wybuchniemy, czy rozpływające się po ciele gorąco? A może mimowolnie zaciskane pięści? Łzy napływające do oczu? Zauważenie takich sygnałów pomoże w zidentyfikowaniu tego, co czujemy. Kiedy już wiesz, co to jest i jak to odczuwasz, można zacząć się zastanawiać, co sprawia, że się tak czujesz – wyjątkowo upierdliwe zachowanie dziecka? Irytujący komentarz męża? Rozlane mleko i bałagan w kuchni? Spróbuj stwierdzić, co dokładnie obudziło w Tobie złość – to ważna wskazówka na przyszłość i konkretna informacja na temat tego, co trzeba zmienić.

Skąd tyle złości w przeżywaniu macierzyństwa?

Już ustaliłyśmy dawno temu, że macierzyństwo to nie ptyś z kremem. Zachowanie dzieci często nas złości. Reakcje ludzi na nasze dzieci często nas złoszczą. Złości nas urlop macierzyński, złości nas jego brak. Złości konieczność powrotu do pracy albo fakt, że nie ma do czego wracać. Jest mnóstwo sytuacji, które sprawiają, że stajemy się wkurzonymi „wózkowymi”. Gniew i złość pojawiają się między innymi wtedy, kiedy nasze potrzeby pozostają niezaspokojone. Brzmi znajomo? No jasne! Wszyscy, którzy mają małe dzieci mają za sobą doświadczenia przedkładania ich potrzeb nad swoje własne. Sen, jedzenie, komfort, samorealizacja – kiedy przez dłuższy czas pozwalamy na to, aby frustrować siebie przez niezaspokajanie swoich podstawowych potrzeb, pozwalamy na to, aby złość była tuż pod powierzchnią – gotowa do wylania się przy najlżejszym szturchnięciu.

Zastanów się – która z Twoich potrzeb pozostaje niezaspokojona? Czy to potrzeba bycia wysłuchanym i dostrzeżonym, bo od dawna już nie mogłaś opowiedzieć nikomu po prostu o sobie zamiast o osiągnięciach rozwojowych swojego dziecka? A może to potrzeba bezpieczeństwa? Może bycie na urlopie macierzyńskim sprawia, że boisz się o swoje stanowisko i przyszłość zawodową? Może nie realizujesz swoich marzeń i pragnień, a może po prostu już dawno porządnie się nie wyspałaś? To wszystko są sytuacje, które sprawiają, że ciężko jest Ci wyrzucić z siebie złość w bezpieczny dla siebie i innych sposób.

Reagowanie w złości

Każdy odczuwa czasem gniew, złość czy rozdrażnienie. Emocje są neutralne – nie ma złych i dobrych. Mogą one jednak sprowokować agresywną reakcję, o której już nie można tego powiedzieć, ponieważ skutkuje ona wyrządzeniem komuś krzywdy. Jako mamy często się złościmy, bo często dopuszczamy do tego, aby  nasze potrzeby pozostawały przez długi czas niezaspokojone. Jednak warto zastanowić się, czy aby na pewno wychodzi to na dobre naszemu dziecku – bo często właśnie w ten sposób tłumaczymy sobie doprowadzanie się do stanu permanentnej frustracji, kiedy ciężko jest nam na bieżąco przyglądać się temu, co odczuwamy. Optymalnym rozwiązaniem jest znalezienie przyczyny – dostrzeżenie, co leży u źródła naszego gniewu. Jednak musimy mieć do tego zasoby poznawcze i emocjonalne, czyli pozostawać we względnym dobrostanie. Jeśli pozwalamy naszym wskaźnikom na pozostawanie zbyt długo na czerwonym polu, zwiększa się ryzyko agresywnej reakcji. A stąd już blisko do przemocy. Agresja daje poczucie wyładowania się, jednak nie dotyka bezpośrednio źródła złości.

Jak kontrolować swoje zachowanie w złości?

W takim razie jak żyć? Co robić w tych wszystkich sytuacjach, kiedy już wiemy, że jesteśmy totalnie wkurzone, ale wiemy też, że po trzech nieprzespanych nocach z rzędu, bo zapalenie ucha i nocne pobudki nie będziemy w stanie zareagować asertywnie, nie krzywdząc siebie ani innych?

Daj sobie czas! Dosłownie. Wyjdź na chwilę z pokoju, weź trzy głębokie oddechy zanim zrobisz cokolwiek.

Poruszaj się energicznie – zrób trzy skłony, dwa przysiady, trzy wykopy. To najkorzystniejsza dla Twojego ciała forma redukcji złości.

Spróbuj nazwać to, co czujesz. Najlepiej na głos. To tylko chwila, a pozwala złapać dystans. Uświadomisz sama sobie, że trzeba wdrożyć tryb awaryjny i naprawdę mocno się kontrolować.

Jeśli masz taką możliwość, zadziałaj z kartką – opisz swoje uczucia, narysuj, podrzyj.

A przede wszystkim, przyglądaj się sobie – temu, jak reagujesz, co budzi w Tobie silne emocje. To pomoże stworzyć swój własny autopilot na chwile złości, tak aby nie przeciążać swojego systemu panicznym poszukiwaniem wyjścia z sytuacji, kiedy już jest źle.

Zadziałaj długoterminowo – dbaj o zaspokajanie swoich potrzeb, a przynajmniej dostrzegaj je i zamiast negować – zaplanuj, jak można się nimi zająć. Zainwestuj swój czas i wysiłek w to, żeby zorganizować sobie regularny czas na sport – zwiększasz świadomość swojego ciała, co pomaga w obserwowaniu swoich reakcji; rozładowujesz stres i złość, zanim dojdzie do kumulacji; wysiłek fizyczny robi Ci dobrze na naprawdę wielu płaszczyznach, nie tylko w kontekście złości.

Jak to pisał św. Paweł – „Gniewajcie się, lecz nie grzeszcie” J Złość jest w porządku. Złość jest pomocna i potrzebna. Masz do niej prawo. Ale jesteś odpowiedzialna za zajęcie się nią w sposób bezpieczny dla Ciebie i innych w Twoim otoczeniu.

 

Randka z samą sobą – slowpresso

img_20161120_171242

Jesteś mamą i masz mnóstwo zadań do wykonania. Niezależnie od tego, czy łączysz pracę zawodową z macierzyństwem, czy jesteś mamą na pełen etat – zapewne robisz mnóstwo rzeczy po to, żeby wszystko działało, a wszyscy wokół Ciebie byli zadowoleni. Jest mnóstwo spraw, które wymagają  Twojego działania, pewnie kilka osób, które liczą na Twoje wsparcie i cała lista zadań, które powinny być załatwione właśnie przez Ciebie. A przynajmniej takie masz przekonanie – że to priorytety, które muszą być ogarnięte.

Dzisiaj chciałam Cię zapytać – czy sama dla siebie jesteś priorytetem?

Ile czasu w harmonogramie, który sama dla siebie stworzyłaś, zajmują aktywności, które mają na celu zaspokojenie tylko Twoich potrzeb? Takie, w których Twoja satysfakcja czy zadowolenie nie są wartością dodaną do zaspokojonych potrzeb Twoich bliskich?

Czy uważasz, że rzeczy, które lubisz robić są ważne?

Czas, który poświęcasz samej sobie, wraca w energii, którą możesz włożyć w działanie na rzecz innych. Pomyślenie o tym w ten sposób pozwala ominąć pułapkę związaną z myśleniem o sobie w kategoriach egoizmu. Kiedy wiemy, że jesteśmy odpowiedzialne nie tylko za swoje dobre samopoczucie, ale też za dobrostan naszych dzieci, z trudem przychodzi uznanie, że egoizm czy też po prostu myślenie o sobie jest zdrowe i potrzebne. Ale wiem po sobie, że naprawdę jestem lepszą mamą, kiedy jestem wypoczęta i „wybawiona”, tzn. mogę przez jakiś czas zająć się swoimi sprawami, porobić coś, co jest dla mnie ważne, relaksujące, ciekawe. Nie chcę, żeby moje dzieci i moje relacje cierpiały na tym, że nie zadbałam o zaspokojenie swoich potrzeb – bo to jest tylko moja odpowiedzialność i nikt tego za mnie nie zrobi.

Stąd pomysł na cykl – Randka z samą sobą. Wiemy jak jest – w ogromie zajęć ciężko wygospodarować chwilę na zajęcie się samą sobą. Jeśli nie zarezerwujemy konkretnego czasu w ciągu tygodnia na pobycie ze swoimi myślami, z dużym prawdopodobieństwem nie uda się tego zrobić. Dlatego warto zrobić z tego po pierwsze rutynę, a po drugie rytuał. Stąd pomysł na cykl. Każda z nas ma różne pomysły na to, aby się zrelaksować, pobyć sama ze sobą w warunkach i otoczeniu, które sprawiają jej przyjemność; każda ma też różne możliwości na zorganizowanie tego czasu. Mam jednak nadzieję, że taki cykl może być inspiracją, a przy tym zapisem moich własnych sposobów na to, by złapać chwilę na „ogarnięcie samej siebie”.

img_20161122_094415

Pierwszym pomysłem, który udało mi się zrealizować dzięki slowpresso, to chwila z kawą. Ale nie taka jak zwykle, w pośpiechu zlewana z kawiarki do kubka termicznego albo zalewana zimnym mlekiem prosto z kartonu. Taka, która zamieniona jest w rytuał, bo to przecież ma być kluczem i istotą randki z samą sobą. A slowpresso daje taką właśnie możliwość. To wymyślone przez ojca i córkę urządzenie do niskociśnieniowego parzenia kawy. Smak jest porównywalny do tego uzyskiwanego w kawiarce, ale sam proces parzenia był dla mnie takim właśnie doświadczeniem, którego oczekuję od czasu, w którym chcę się skupić na precyzyjnych, powolnych ruchach, czekać na to, aż kawa spłynie powoli do niewielkiego naczynka, dać sobie chwilę na przygotowanie kawy w pięknym, ręcznie wykonanym naczyniu. Specjalne mielenie ziaren trochę grubiej niż zwykle, przesypywanie do sitka, przelewanie ceramicznych elementów gorącą wodą, ogrzewanie filiżanki- zdecydowanie jest to proces, na który warto poświęcić chwilę, rozkoszować się nim, pozwolić sobie na zalewanie kawy cienkim strumieniem i czekanie na gotowy napar. Świetny pomysł na to, aby wygospodarować dla siebie dłuższy moment. Uwielbiam takie rytuały i piękne przedmioty, które są stworzone do ich realizacji. Tej kawy nie da się przygotować szybko i to jest dla mnie największa zaleta slowpresso. Pomaga poczuć, że ta chwila ze sobą jest ważna i wyjątkowa. Wszystkie reklamy zwykłych kaw rozpuszczalnych mogą się schować 🙂 To jest w sumie fajne, że jeśli nie skupisz się na byciu tu i teraz i przygotowywaniu dla siebie czegoś dobrego, to to się nie uda – kiedy próbowałam zrobić sobie slowpresso na szybko, przeważnie o nim zapominałam, zaczynałam zajmować się czymś innym, rozpraszałam. Dopiero podejście do tego z uważnością i czymś w rodzaju troski o każdy szczegół zapewniało to wrażenie, że odpoczywam od świata.

Dużo lepszy odpoczynek i sposób na oddech niż scrollowanie facebooka i siorbanie zimnej rozpuszczalki z obtłuczonego kubka. Zadajmy kłam wizerunkowi stereotypowej matki, która wciąż narzeka, jak to dzieci nie pozwalają jej na wypicie ciepłej kawy!

„Mamo, obudź się”, czyli o uważności rodzica

228H.jpg

Tytułowymi słowami zwróciła się do mnie moja dwuletnia córka, kiedy siedziałyśmy wspólnie na przystanku, ona – obserwując świat, ja, korzystając z chwili jej bezruchu – pisząc maila na smartfonie.

Mamo, obudź się.

Niesamowicie mnie to poruszyło – a więc to właśnie tak odbiera mnie, kiedy grzebię w sieci, kiedy wydaje mi się, że na facebooku na pewno właśnie stało się coś, co koniecznie wymaga mojej obecności. Jakbym spała.

Czy chcę być obecna w życiu moich dzieci „na śpiąco”? Czy sama fizyczna obecność wystarcza do tego, aby dzieci czuły się zaopiekowane, aby wiedziały, że ktoś przy nich jest? Cóż, dla mnie odpowiedź mojej córki na te pytania była jasna – potrzebuje mnie obecnej na 100%, bez telefonu, tableta, ekranu między nami.

Ogromnie to jest trudne, myślę, że nie tylko w relacji z dzieckiem, ale z każdym człowiekiem. Zakładam, że jednak nikły procent z nas jest chirurgami, strażakami czy prezydentami. A jednak tak trudno jest być na 100% tu i teraz. Nie zajmować się sprawami świata, nie planować i nie rozpamiętywać – być w tym momencie z tą osobą. Może całkiem małą, która chce nam dziesiąty raz opowiedzieć, że bawiła się z Izą.

Staram się. Przeczytać do końca książeczkę, przejechać tramwajem gadając o treningu na basenie, nie wyciągać smartfona z torebki po przyjściu do domu. Trudne, ale powoli odkrywam, że owszem, chcę być non stop połączona. Tylko może niekoniecznie z internetem.

Biorę udział w akcji „Rodzice uważnie obecni” – w jej ramach powstał ten wpis, ale również moja oferta darmowych konsultacji psychologicznych, z których możecie skorzystać 26 października – a więc już jutro! – wystarczy zapisać się wysyłając maila na psycholog.czajkowska@gmail.com

 

Jak zadbać o zdrowie psychiczne?

esprit-1

Jakiś czas po porodzie, kiedy już opadnie dym po hormonalnej bitwie, zaczyna docierać do nas, że mimo tego, że nie jesteśmy już same na świecie i odpowiedzialność za małego stwora, którego właśnie wydałyśmy na świat będzie ciągnęła się za nami już do końca życia, to wciąż istniejemy my i nasze potrzeby. Przelotne spojrzenie w lustro uświadamia, że może już warto wrócić  na czułe łono fryzjera, który nie widział nas od trzech lat i prawdopodobnie pomyli nas z naszą własną babką. Wypadający rano z szafy kłąb ubrań postawi retoryczne pytanie o to, czy naprawdę chcemy upamiętniać ciążę przez kolejne 9 miesięcy, uparcie nie żegnając się z sukienkami, które udowodniły, że potrafią zmieścić dodatkowe 20 kg i przetrwać. Ogarniamy anemię, bierzemy suplementy, przechodzimy na dietę, powracamy nawet do zapomnianego zwyczaju golenia obu nóg. Może nawet zapisujemy się na jeden z tych kursów doszkalających. Może nawet na prawdziwe studia podyplomowe. Wszystko to bardzo pięknie, cieszę się nawet z popularności ćwiczeń dna miednicy, serio, wielce to są godne pochwały działania.

Ale.

Co robisz, żeby zadbać o swoje zdrowie psychiczne?

Wydaje mi się, że zadbanie o swój dobrostan psychiczny leci gdzieś na sam koniec listy priorytetów, zaraz za wyszorowaniem zlewu i posprzątaniem tej szuflady w przedpokoju, której nikt nie otwierał od 15 lat. A tymczasem przyjrzenie się sobie, zastanowienie się, kim jestem, co sprawia mi przyjemność, jakie są moje wartości, cele i potrzeby, to pierwszy krok do ogarnięcia swoich emocji, które w przeciwnym razie mogą nam naprawdę skutecznie przeszkodzić w ogarnianiu innych, przede wszystkim naszych dzieci. Wiecie – tak jak maska tlenowa w samolocie – najpierw dla siebie, bo w przeciwnym razie nie dasz rady założyć dziecku.

Tymczasem te nawyki, które mogą nam pomóc zadbać o swój dobrostan psychiczny, nie są wcale wydumane i skomplikowane. Wręcz przeciwnie. Oto kilka z nich:

Ruch i świeże powietrze

Wiadomo, chodzi o świeże powietrze naładowane tlenem, ale też o aktywność fizyczną, która funduje nam mocne szoty dopaminy (motywacja!), serotoniny (energia!), a na tuż po zostawia endorfinowy koktajl (szczęście!).

Wdzięczność

Tu, podobnie jak w przypadku wpływu wysiłku fizycznego, mamy cały pakiet badań wskazujących na pozytywny wpływ praktykowania wdzięczności na samopoczucie i subiektywne poczucie szczęścia (np. tutaj). Chwila na uświadomienie sobie, że to, co mam, nie jest na zawsze (tak, tak, perspektywa śmierci wzmacnia odczuwanie wdzięczności). Kolejna na pomyślenie o wszystkich osobach, zasobach, które są w moim życiu. Może warto to wszystko wypisać? W codziennym pędzie uważne przypomnienie sobie o całym dobru, wszystkich darach i przywilejach, którymi możemy się cieszyć daje niesamowite efekty.

Odżywianie

Tu totalnie nie jestem ekspertem, ale zasypywanie się śmieciowym jedzeniem, zapychanie węglowodanami i cukrami prostymi to droga po równi pochyłej. Mądrzy ludzie mówią, że lepiej iść w warzywa i kasze.

Spotkania z ludźmi

Silna sieć wsparcia społecznego, któa umożliwia bezpieczne oparcie się na innych ludziach w trudnych sytuacjach, jest czynnikiem bezpośrednio wpływającym na poczucie szczęścia, ale też niejako „zabezpieczającym“ przed ryzykiem depresji (przykładowe badania) – osoby, którym brakuje wsparcia społecznego, a więc mówiąc po ludzku przyjaciół, z większym prawdopodobieństwem doświadczą depresji i jej nawrotów oraz trudniej im będzie z niej wyjść (oczywiście nie można zapominać o czynnikach indywidualnych – osobowościowych i genetycznych). Obecność innych ludzi oprócz oczywistych rozrywkowych zalet daje nam lustro dla naszych działań – możemy spojrzeć na siebie oczami innych, usłyszeć zdanie inne od naszego, poznać rozwiązania problemów, na które same byśmy nie wpadły.

Czas tylko dla siebie

Relacja z samym sobą to podstawa dla tworzenia relacji z innymi ludźmi. Nie mam wątpliwości, że ciężko jest ją stworzyć, nie pozwalając sobie na przebywanie i obecność z samą sobą. Pomysł randek ze sobą uważam za genialny – tak jak na randce z kimś rezerwujesz swój czas, przestrzeń i uwagę nakierowaną na relację i poznanie. Siebie.

To jak, dbamy o siebie od środka?

 

Dzień, noc i pora niczyja, czyli o efektywnym planowaniu wieczorów

242h

Wiadomo, jak jest. Są dzieci, jest praca, jest dom, są najprzeróżniejsze zobowiązania i sprawy do załatwienia. W różnych konfiguracjach i natężeniu. Zwykle spychane przez pół dnia, aż wieczorem nabrzmiewają i rosną, przygniatając swoim ogromem i ciśnieniem, że to już, natychmiast i na zaraz. Gdy tymczasem wieczór to również czas, kiedy wszyscy są zwykle w domu, kiedy wreszcie można pobyć z mężem, pogadać z dziećmi o szkole, przedszkolu, poczytać. Jak pogodzić to wszystko ze sobą tak, aby stworzyć piękny i efektywny, a przede wszystkim przyjemny czas, zamiast fundować sobie smutną etiudę do wieczornych nerwów, nieprzespanej nocy i zaspanego poranka? Nie wiem. Ale mam trzy zasady, które mogą w tym pomóc.

  1. Priorytety

Moje ulubione słowo. Naprawdę. Do codziennej weryfikacji.

Co dzisiaj jest dla mnie najistotniejsze?

Którą potrzebę chcę zaspokoić?

Kto najbardziej dzisiaj potrzebuje mojej uwagi? Dzieci, mąż, ja sama?

Szczerze przyznam, że nie wierzę w możliwość równoczesnego przygotowywania posiłku na następny dzień, relaksowania się przy spokojnej muzyce, prowadzenia życiowych rozmów z wszystkimi członkami rodziny po kolei i okraszania tego rozkręcaniem własnej firmy. Codziennie wybieranie tego, co najważniejsze przy równoczesnym zachowaniu ram czasowych – codziennie tych samych.

2. Planowanie

Jeśli nie zaplanujesz wieczoru choćby z minimalnym wyprzedzeniem, będzie on tak samo chaotyczny jak zwykle. Określ jasne ramy czasowe i zmieść w nie dwie – trzy aktywności. Obowiązki postaraj się ogarnąć jak najszybciej, tak, żeby został Ci chociaż moment (a najlepiej pół godziny) na wyciszenie przed snem bez elektroniki – szybciej zaśniesz, lepiej się wyśpisz, będziesz bardziej wypoczęta.

3. Rytuały

Wg Słownika Języka Polskiego rytuał to”zespół czynności, które przez swoją powtarzalność tworzą zwyczaj”. Przy całej elastyczności związanej z ustalaniem i weryfikowaniem na bieżąco swoich priorytetów na dany dzień, rytuały są kręgosłupem. Pozwalają na utworzenie nawyku, który odciąża umysł dzięki zautomatyzowaniu czynności. Już się nie zastanawiasz, jaka herbata przed snem, bo od 15 lat jest to melisa. Szalenie czaso- i energooszczędne.

Jakie są Wasze sposoby? Bez czego nie ma dobrego wieczoru? Co pomaga Wam się wyciszyć, a co sprawia, że kładziecie się spać z poczuciem „domknięcia” całego dnia?

 

Przedsiębiorcza, kiedy mąż pozwoli

Czytam sobie raport PARP o barierach prawnych dla przedsiębiorczości kobiet w Polsce. I o ile zmiana aktów prawnych jest poza moim zasięgiem, o tyle statystyki i ich interpretacje przedstawione w raporcie dają taki bardzo specyficzny obraz polskich rodzin, obraz, w którym zapewne wiele z nas funkcjonuje, w którym do pewnego stopnia funkcjonuję ja sama, a który jest specyficzny ze względu na to, że wymaga od kobiet dużo większego wysiłku w zakresie łączenia obowiązków domowych i zawodowych. Nie chodzi mi nawet o ową nieodpłatną pracę kobiet i drugi etat, który część z nas musi wyrobić po powrocie do domu z biura. W jakiś sposób uderzające jest dla mnie to, że jak to gładko określają autorzy raportu  „w rodzinach pełnych decyzje mężczyzn dotyczące zatrudnienia (w tym samozatrudnienia) są pierwotne względem decyzji kobiet”.

Co to znaczy, że coś jest pierwotne wobec czegoś? Że ma pierwszeństwo. Czasowe, ale też, nazwijmy to, znaczeniowe. Statusowe. Że ważniejsze jest, aby to mężczyzna pracę posiadał. Można zapytać, tak jak robi to Sue Gerhardt (psychoanalityczka, której książkę „Znaczenie miłości” totalnie polecam), dlaczego jako cel równościowych i prokobiecych działań stawiać mamy udział kobiet w rynku pracy. Że ok jest też wtedy, kiedy kobieta decyduje się na wychowanie dzieci. Oczywiście, że jest to ok. Jednak sam fakt, że życiowe decyzje są wtórne wobec decyzji innych ludzi, jest nie ok. W każdym wymiarze – zawodowy można po prostu najłatwiej zmierzyć – w polskich rodzinach różnice w aktywności między płciami są największe do 35 roku życia i sięgają 25%. Oczywiście, że w dużej mierze wynika to z biologii i nawet Judy Butler i jej performatywność płci tego nie zmieni, jednak zastanawiające jest to, że aktywność zawodowa polskich kobiet, które mają dzieci w wieku przedszkolnym i młodsze, jest jedną z najniższych w Europie. Myślę, że nie będzie zbyt śmiałym wnioskiem stwierdzenie, że coś tu kuleje systemowo – że kobiety, które jednak do aktywności zawodowej chcą powrócić lub rozpocząć ją po urodzeniu i wstępnym odchowaniu dziecka, są pozostawione same sobie. Świadczy o tym też kolejny aspekt cytowanego raportu – do najwyższych w Europie należy udział polskich kobiet wśród ogółu samozatrudnionych. Niby pięknie, niby świetlanie, niby samodzielnie, jednak ciemną stroną tego obrazu jest fakt, że te kobiety przeważnie nie znajdują miejsca dla siebie na rynku pracy i decydują się na wykreowanie swojego własnego miejsca. Bardzo to jest sprawcze i girlpowerowe, jednak nie każdy jest do tego stworzony, nie każda musi chcieć i mieć takie możliwości, więc motywacją do założenia działalności nie powinien być brak alternatywy.

A jak jest u Was? Dajcie znać, jak toczą się Wasze pomacierzyńskie zawodowe losy? Wracacie na poprzednie stanowiska? Decydujecie się na swoje własne firmy i rozwijanie działalności w swoim rytmie i na swoich zasadach? Pozostajecie 100% udomowionymi lwicami?

Zmiany, zmiany, zmiany…

Hula ostatnio w mediach społecznościowych taki hashtag #myfirst7jobs. Moje pierwsze siedem prac. Tak sobie pomyślałam, że fajnie, jeśli komuś się to układa w spójną całość. Kiedy każdy krok jest niejako zapowiedzią następnego, a każdy kolejny logicznie wynika z poprzedniego. Ja w swych zawodowych działaniach byłam w wielu miejscach i wbrew amerykańskiemu snowi nie mogę powiedzieć, że w każdym się czegoś nauczyłam. Jak to u mnie wygląda teraz?

Ostatnio coraz mniej jestem przedsiębiorcą (nawet zawiesiłam działalność na sezon ogórkowy) i w swojej głowie ostatecznie pożegnałam się z tłumaczeniami na rzecz konsekwentnego dążenia do realizacji psychoterapeutycznych marzeń i celów. Znalazłam gabinet, od września ruszam z własną przestrzenią terapeutyczną. Jednak trudno mi wytrzymać w swego rodzaju bezruchu zawodowym – od zawsze definiowałam się przez to, co robię, a nie jaka jestem. Wciąż rzucałam się w wir aktywności, nie będąc w stanie pozostać na chwilę w pustej przestrzeni niewypełnionej jakimkolwiek działaniem. Nie umiałam stworzyć sobie pustej szuflady na coś, co dopiero ma przyjść, przemyśleć przyszłych kroków. Dopiero niedawno to zrozumiałam i staram się to korygować. Jednak dawne przekonania dają o sobie znać – ostatnio spędziłam pół dnia na wyszukiwaniu korporacyjnych ofert pracy, bo może jednak etat, może stała pensja, może pewność i łatwość…

Więc wymyśliłam, że napiszę tutaj o zmianach i działaniach mych tych na już zaraz i tych planowanych – odetnę sobie tym samym drogę ucieczki 🙂

Niestety nie istnieje już moja ukochana Zabawianka, gdzie prowadziłam warsztaty i konsultacje psychologiczne dla mam.

Za to zapraszam Was od września na warszawski Muranów, do gabinetu przy ul. Nowolipki 23/13. To tam będę prowadzić psychoterapię i konsultacje w każdą środę od 15 do 22.

Powoli zaczynam również badać możliwość startu grupy terapeutycznej w nurcie psychoanalitycznym – dawajcie znać, jeśli jesteście zainteresowani/e!

Zapewne od września ruszą również warsztaty dla mam w tej samej lokalizacji – bardzo chciałabym od Was usłyszeć, czego od nich oczekujecie, o czym chętnie porozmawiacie, co z obszaru work-life balance jest dla Was najistotniejsze do obgadania i przećwiczenia.

Jeśli chodzi o bloga – zmiany zobaczycie w zakładce „co oferuję?”, a posty dorobią się tagów, bo nie ma to jak dobra chmura tagów do organizacji treści.

Smacznego!

Jak wybrać terapeutę? 3 proste pytania

W Polsce nie obowiązuje ustawa o zawodzie psychoterapeuty, czyli praktyka psychoterapeutyczna nie jest prawnie uregulowana. W zasadzie oznacza to, że każdy może założyć gabinet i oferować usługi psychoterapeutyczne (a czasem jest to nawet prostsze niż bycie taksówkarzem – http://warszawskitaksowkarz.pl/lokowoz-czyli-terapia-w-aucie/).

Margines błędu zawsze jest, ale podstawa to, jak zawsze, komunikacja. To nie jest mięsny, w którym pani nie chce ukroić ładniejszej szynki – psychoterapia to zwykle duża inwestycja w siebie, a przy tym usługa jak każda inna rządząca się prawami wolnego rynku, więc każdy ma prawo o wyboru usługodawcy i do dostępu do informacji na jego temat.

Moim zdaniem naprawdę warto zapytać o następujące kwestie:

  • gdzie i jakie skończył studia? (tu zdania są podzielone – ja optuję za psychologami, ale nie jest to warunek konieczny do wykonywania zawodu psychoterapeuty czy odbywania szkolenia psychoterapeutycznego)
  • w jakim nurcie pracuje i w jakiej szkole psychoterapii się kształci? (tutaj lista ośrodków szkoleniowych rekomendowanych przez Polskie Towarzystwo Psychoterapeutyczne – http://www.ptp.org.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=54 )
  • czy pracuje pod superwizją? (czyli czy omawia swoją pracę z kimś, kto jest w stanie udzielić mu informacji zwrotnej i w razie czego skorygować jego sposób prowadzenia Twojego procesu terapeutycznego – robią to nawet najlepsi i najbardziej doświadczeni)

To postawa, dalej można już iść za głosem serca 🙂

Dlaczego urlop macierzyński to dobry czas na psychoterapię?

IMG_20160503_072857Są trzy powody:

  • bo zrobi Ci to dobrze
  • bo zrobi to dobrze Twojemu dziecku
  • bo zrobi to dobrze Twoim relacjom z otoczeniem

Na psychoterapii dowiesz się, z czego wynikają Twoje reakcje, rozbroisz lęki, zerkniesz w przeszłość i przyjrzysz się najwcześniejszym relacjom, zauważysz schematy postępowania… Nie obiecuję Ci cudów, ale skoro jesteś w stanie spędzić 3 godziny na bazarze wybierając świadomie najbardziej eko marchewkę dla Twojego bobasa, to może warto spędzić 50 min w tygodniu na świadomym przyglądaniu się sobie? Odważę się stwierdzić, że to może poprawić dzieciństwo Twojego potomka 100 razy bardziej niż brokuły z komosą ryżową i osiem mat sensorycznych.

Ten moment, w którym sama stajesz się matką i zaczyna Cię to definiować bardziej niż bycie córką. Zaczynasz obserwować to, co dała Ci Twoja własna rodzicielka, przyglądać się temu mniej lub bardziej świadomie i wybierać, co z tego chcesz przekazać swojemu dziecku, a co zupełnie nie. Pojawia się kwestia troski i miłości, które dostałaś lub nie, pewnych zachowań i schematów, które wyniosłaś z domu – warto się temu świadomie poprzyglądać, pozastanawiać, z czego wynikają takie a nie inne przekonania na temat macierzyństwa, dawania rady, partnerstwa w związku, poświęcania się itp. Cały ten bagaż determinuje to, jaką Ty będziesz matką. Warto zdecydować się na zanurkowanie w ten pogmatwany świat, żeby odsupłać związki między Tobą-córką a Tobą-matką. Podziękować swoim rodzicom za to, co Cię wzmocniło, wybaczyć to, co osłabiło.

Wielka fala macierzyństwa porywa i czasem zalewa po szyję – psychoterapia to narzędzie, dzięki któremu można nauczyć się łapać oddech i  czerpać przyjemność z żeglowania, surfowania czy co tam kto lubi na tej fali robić.

Na urlopie macierzyńskim masz czas, żeby zwolnić, być bardziej do środka niż na zewnątrz – więcej chwil spędzasz w domu, z reguły nie masz aż tylu zobowiązań zawodowych. Wykorzystaj to nie tylko na bycie perfekcyjną panią domu! Kiedy jesteś z młodymi, punkt ciężkości często przesuwa się na relacje, a zarządzanie tym całym bałaganem emocjonalnym to głównie Twoje zadanie – daj sobie pomóc!

Cotygodniowa sesja terapeutyczna to może być też Twój czas tylko dla siebie – 50 min podczas których jesteś sama ze sobą – przyznaj, ze to rarytas.

Psychoterapia nie jest dla osób chorych psychicznie albo doświadczających zaburzeń osobowości – a przynajmniej nie tylko dla nich. Może nie jest też dla każdego, ale nikt nie powinien się jej bać.

Mamo, masz prawo czuć się gorzej w totalnie nowej dla siebie sytuacji i masz prawo szukać sposobów na polepszenie swojego samopoczucia. Świadoma mama to szczęśliwe dziecko!

Nieco egzaltowany post o przydługim tytule i o tym, jak rozumiem work-life balance

260H

Kiedy idziesz po linie, musisz z każdym krokiem na nowo odnajdywać punkt ciężkości i łapać równowagę. Podobnie jest z równowagą między życiem prywatnym a zawodowym.

Wyobraź sobie każdy dzień swojego życia jako jeden krok po linie. Budzisz się. Rozkładasz ramiona. Prostujesz nogi w kolanach. Idziesz. Potykasz się. Tracisz równowagę. Małymi bujnięciami bioder i barków przechylasz się minimalnie raz na jedną, raz na drugą stronę. Nie możesz pozostawać za długo w przechyle w jedną stronę, bo spadniesz, ale też nie jest tak, że raz odnaleziony punkt ciężkości pozostaje z Tobą do końca liny.

Work-life balance nie polega na stałym określeniu proporcji pół na pół. Po pierwsze, to hasło zawiera w sobie tylko dwa aspekty Twojego życia – nie jesteś tylko pracownicą i osobą prywatną. Niezależnie od momentu, w którym się obecnie znajdujesz, masz kilkanaście różnych ról, kilka pasji, parę ważnych związków. Na każdą część siebie potrzebujesz znaleźć czas. Każda z nich, lekceważona przez za długi okres, przypomni o sobie w najmniej odpowiednim momencie.

Po drugie, nie pokroisz tortu swojego życia na równiutkie kawałki, które codziennie będziesz po kolei zjadać ze smakiem. Czasami, głodna pełni i doświadczeń, będziesz zapychać się swoim tortem do oporu, żeby następne tygodnie spędzić w spokojnej ascezie jednego jedynego kawałka dziennie.  Czyli innymi słowy i bez pseudoamerykańskich metafor – fizycznie niemożliwym jest, aby zaplanować każdy dzień w taki sposób, by zaspokajał potrzeby  każdej z naszych części i by realizować w nim cele z każdego obszaru. Raz będziesz bardziej matką, raz bardziej żoną, raz sprawy zawodowe będą wymagały Twojej największej uwagi. I to jest w porządku.

Tylko w każdej z tych ról, w każdym wychyleniu w którąś stroną – bądź na 100%. Bez myśli o tym, czego akurat nie robisz, co robić powinnaś, gdzie mogłabyś być. Jesteś tu i teraz. W tym gibnięciu, które bez Twojej uwagi zamieni się w upadek. Jeśli będziesz obecna, zauważysz moment, w którym trzeba będzie odkryć na nowo środek ciężkości, a może nawet zrobić następny krok.

Serio, tak jest prościej. Patrzysz w jeden punkt. Nie starasz się upakować wszystkich priorytetów w jeden moment. Skupiasz się na tym, który wybierasz na ten moment. Jeśli masz dzieci, wiesz, jak one to robią – bawią się w jedną zabawę na raz. Jeszcze nigdy nie widziałam dziecka, które zajmowałoby się multitaskingiem. Jeśli czytają, to czytają. Jeśli bawią się klockami, to całą swoją osobą, bez zastanawiania się, że układanka leży odłogiem. Zazdroszczę im tej umiejętności. One nie myślą o tym, jak osiągnąć równowagę między życiem osobistym a zawodowym. One mają tę harmonię w sobie, bo idą po linie najnaturalniej jak tylko można.

Work-life balance jest niesamowicie ulotny. Szukam go codziennie od nowa. Stosuję sprawdzone strategie, które pomagają mi złapać równowagę w miarę szybko, ale to wciąż jest spacer po linie, która nigdy nie zamieni się w wygodną autostradę. Chyba, że z czegoś zrezygnuję. Ale o tym kiedy indziej.